Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
57. Skutki złego wychowania, rodzina - seryjni mordercy - Marchwicki (+18 dla zasady)


57. Skutki złego wychowania, rodzina - seryjni mordercy - Marchwicki (+18 dla zasady)

Najbardziej problematyczne więzy rodzinne jakie spotkałam w artykułach o seryjnych mordercach przedstawiają osoby: Zdzisława Marchwickiego i jego rodzeństwa. Moim skromnym zdaniem. Zapraszam do zapoznania się z lektura...

Poniższy tekst skopiowałam ze strony:
Dla wiadomości własnej i refleksji. Polecam- ciekawa strona.
Ps. Zdenerwowałam się właśnie bo skasowały mi się moje przemyślenia;/.

http://radoslaw.ligas.webpark.pl/mordercy/marchwicki.html

Ojciec Zdzisława Marchwickiego, Józef, miał pięć żon i czworo dzieci. Z pierwszą żoną: Halinę, Zdzisława i Jana. Po trzecim porodzie pierwsza żona umarła. Najmłodszego syna, niemowlaka Jana, na wychowanie wzięła dalsza rodzina. Józef Marchwicki ożenił się po raz drugi. Z drugiego małżeństwa urodził się syn Henryk. Potem jeszcze Józef miał trzy kolejne żony. Halina, Zdzisław i Henryk chowali się w domu, w którym trudno było znaleźć wzór, jak należy żyć.
Jan w okresie okupacji został oddany do sierocińca, skąd wziął go na wychowanie ksiądz. Zapewne z tego powodu znalazł się najpierw w Niższym Seminarium Duchownym w Poznaniu, a następnie w Wyższym Seminarium Duchownym w Krakowie - usunięto go jednak stamtąd. Wówczas zdobył średnie wykształcenie świeckie, pracował jakiś czas jako nauczyciel, następnie został zatrudniony na stanowisku administracyjnym w Uniwersytecie Śląskim. Był homoseksualistą - w trakcie śledztwa okazało się, że brał udział w licznych przestępstwach (na wiosnę i w lecie 1974 roku został skazany w kilku odrębnych procesach). Do początku lat sześćdziesiątych Jan nie utrzymywał bliższych kontaktów z rodziną. W rodzinie, w Dąbrowie, mówiono o nim z nutką podziwu i lekkim uśmieszkiem jednocześnie: "profesorek", "biskup", "bożek". Jan urodził się w 1929 roku.
Halina, urodzona w 1924 roku, także odegrała, jak się później okazało, pewną rolę w przestępstwie ciągłym. Otrzymywała drobne przedmioty, jakie jej brat (Zdzisław) zabierał ofiarom.
Henryk, najmłodszy, przyrodni brat, urodzony w 1930 roku, był dwa razy żonaty (jego pierwsza żona, Maria, była później żoną Zdzisława), z drugą rozwiódł się przebywając w areszcie śledczym w związku ze sprawą "zagłębiowskiego wampira".
Zdzisław Marchwicki urodził się w październiku 1927 roku, miał pięcioro dzieci. Gdy jego żonaty już z Marią brat Henryk siedział rok w więzieniu za kradzież - Zdzisław sprowadził się do Marii, i tak już pozostało. W 1956 roku Henryk rozwiódł się Marią; nawet nie potrzebowała zmieniać nazwiska, aby połączyć się formalnie ze Zdzisławem. W 1964 roku we wrześniu żona opuściła go. Wyprowadziła się do innego mężczyzny. Pierwszy raz wampir zamordował kobietę w listopadzie 1964 roku. Pod koniec 1966 roku małżonkowie znów się spotykali. Zdzisław prosił Marię, aby wróciła. Zaczęli ze sobą korespondować. Zachowały się listy z tego okresu. Wiadomo z nich, że Zdzisław błagał żonę o powrót. Miała ona już dzieci z innym mężczyzną, z którym się związała; mimo to wróciła do męża w grudniu 1967 roku. To, co działo się miedzy małżonkami, a więc odejście Marii, późniejsza nadzieja na jej powrót, wreszcie powrót, na krótko zresztą, ściśle nakłada się na daty morderstw dokonywanych przez wampira. Gdy Zdzisław miał nadzieję na powrót żony, wampir nie mordował. Gdy Maria wreszcie do niego wróciła, Zagłębie oddychało spokojem przez równy rok. Potem jednak odeszła do tamtego mężczyzny, a październiku 1968 roku, znów na Śląsku znaleziono zamordowaną kobietę.
Zagłębiowski wampir działał 5 lat i 4 miesiące. Przez cały ten okres trwało żmudne, szalenie trudne śledztwo. Szukano igły w stogu siana. Marchwicki dokonywał morderstw na terenie o łącznej powierzchni 590 km2, zamieszkałym przez 725 tys. ludzi.
W Komendzie Wojewódzkiej MO w Katowicach obok mapy Zagłębia z naniesionymi na nią oznaczeniami miejsc, gdzie znaleziono ofiary Marchwickiego, wisiał tragiczny wykaz jego ofiar. Przy imieniu i nazwisku podany był wiek, data i godzina dokonania przestępstwa oraz miejscowość. Przy 6 spośród 20 nazwisk widniał znak szczególny oznaczający, że te kobiety przeżyły.





Ofiary wampira miały od 16 do 58 lat. W jednym dniu (15.VI.1966) dokonał dwóch napadów na kobiety, z których jeden skończył się śmiercią ofiary. Dwukrotnie zamordował dokładnie w rocznicę poprzedniego mordu (15.VI.66 i 15.VI.67 oraz 3.X.67 i 3.X.68).

Często atakował kobiety wracające z drugiej zmiany, późnym wieczorem. Znajdowano przy nich torby wypełnione drobnymi zakupami, jedna z ofiar niosła garnki. Śpieszyły się do domów. Szły na skróty, przez odludne tereny. Kilka razy zdarzyło się, że gdy napadł na ofiarę spłoszyli go idący ludzie - dlatego niektóre ofiary przeżyły. Uderzał z tyłu. Atakował nagle. Z tych które przeżyły, tylko dwie miały obiektywne warunki, żeby go rozpoznać. I rozpoznały go przy konfrontacji.
Gdy znaleziono pierwszą ofiarę, organa ścigania zaczęły badać sprawę jak każdą inną. Nawet posądzono męża Anny M., uznano go za podejrzanego o morderstwo żony. Siedział trzy miesiące - wypuszczono go.
Potem została zamordowana Lidia N. W podobny sposób. W niedługim czasie po jej śmierci usiłowano zamordować takim samym uderzeniem Irenę S., a potem w Sosnowcu znaleziono Jadwigę Z. Znów podobna metoda działania, podobne obrażenia - mord na tle seksualnym. W ostatnim przypadku podejrzewano przez jakiś czas przyjaciela ofiary. Ale nie mógł być sprawcą - miał niezbite alibi.
Następnego dnia po morderstwie dokonanym 22 lipca 1965 roku skojarzono w Komendzie Wojewódzkiej i w prokuraturze te trzy jednakowe morderstwa i czwarte usiłowanie. Podsumowano wszystko co było wiadome w tych sprawach - na ludzi biorących udział w owej naradzie padł blady strach. Nie ulegało wątpliwości, że wszystkie napaści były dziełem jednego człowieka - mordercy kobiet na tle seksualnym, wampira, który zaczął grasować w Zagłębiu i co kilkadziesiąt dni atakował nową ofiarę.
Sprawca działał w odludnych miejscach, natychmiast wsiąkał w tłum, milicyjne psy gubiły ślad na ruchliwych drogach, wszelkie normalnie stosowane metody wykrywania zabójstw zawodziły. Potem napisano: "Stopień komplikacji wykrywczych był olbrzymi".
Sprawca zadawał ciosy w skroniowo-poltyliczną część głowy. Motyw zbrodni był zawsze taki sam - seksualny. Narzędzia zbrodni nigdzie nie znaleziono, śladów nie udało się odkryć. Wampir działał na otwartym terenie. Potem odciągał ofiary w ukryte miejsca. Były to wypadki z różnych pór roku. Deszcz zacierał ślady. Wszystkie ofiary zostały znalezione dopiero po kilku lub kilkunastu godzinach (najwcześniej po 2, najpóźniej po 30).
Milicja niemal od początku zaangażowała swoje najlepsze siły, wiedzę, ambicję, zdrowie - i nic. Ludzie, którzy zaczęli zajmować się wampirem (operacja została nazwana kryptonimem "Anna" - od imienia pierwszej ofiary), nie spali po nocach, nie mieli czasu zjeść obiadu, przychodzili do domów późną nocą, wychodzili o świcie.
Drukowano ulotki przestrzegające kobiety przed samotnym chodzeniem po ustronnych miejscach, mężowie odprowadzali żony do pracy i przyprowadzali z niej, rodzice nie wypuszczali wieczorem dorosłych córek, zakłady pracy odwoziły autokarami robotnice do domów.
Do niesłychanie żmudnej pracy zaangażowano ogromne siły. Już nie tylko milicja z województwa katowickiego, ale i z innych rejonów kraju zajmowała się operacją "Anna". Wykorzystano całą dostępną w tamtych czasach wiedzę na temat morderstw seksualnych.
W Wydziale Specjalnym telefon "wampirowski" - 25-555 - działał niemal bez przerwy. Apelowano do społeczeństwa o zgłaszanie wszelkich podejrzanych zachowań. Podstawiano funkcjonariuszy "na wabia". Najpierw mężczyzn przebranych za kobiety, ale ci, choć w damskich płaszczach i perukach, poruszali się dziwnie, ludzie się za nimi oglądali. Sprowadzono więc 100 milicjantek z różnych jednostek MO, przeszkolono je w judo, wyposażono w miniaturowe radiostacje i broń, przebrano w cywilne ubrania. Dzielnie wychodziły późnymi wieczorami na odludne ścieżki. Pod chustkami miały specjalne plastikowe pancerze, które osłaniały tył i lewą część głowy w pobliżu ucha, bo wiadomo było, że w tą okolicę wampir zadawał pierwszy cios.
Podczas śledztwa Marchwicki powiedział: "Myślicie, że ich nie zauważyłem? Że nie spostrzegłem, że mi podstawiacie babki? Szły tak jakoś dziwnie, jakby im na tym nie zależało, gdzie dojdą. Rozglądały się. A kobieta, jak wraca z roboty, to głowę pochyli do przodu i śpieszy się do domu".
Tymczasem do komendy milicji napływały tysiące listów. Trzeba je było sprawdzać. Każdą informację telefoniczną czy listowną badano z całą starannością. To zaprzątało czas i angażowało ogromną liczbę ludzi. Ale nie zaniedbywano niczego. Były setki fałszywych alarmów, były i kawały, choć naprawdę nie było się z czego śmiać. Skrzętnie zbierano każdy najdrobniejszy szczegół, który mógłby się okazać przydatny.
Poza tym każde morderstwo kobiety należało badać w dwóch płaszczyznach: w płaszczyźnie normalnego morderstwa, które mogło być upozorowane na działanie wampira (odkryto 6 takich pozorowanych morderstw), i w tej drugiej płaszczyźnie, określonej kryptonimem "Anna".
Odwołano się do pomocy najwybitniejszych seksuologów, psychologów, psychiatrów, specjalistów z dziedziny kryminologii. 40 naukowców współpracowało z organami ścigania, nabywając nową wiedzę. Stworzono specjalny system organizacyjny, który pozwalał trwać w stałym pogotowiu setkom ludzi.
Alarm trwał. A mimo to nie udało się uniknąć następnych ofiar. Od chwili, kiedy milicja zdała sobie sprawę, że ma do czynienia z seryjnym mordercą, do końca 1965 r. i w roku 1966 zaatakował 12 kobiet, z czego tylko 4 wyszły z życiem.
Ani na moment nie ustawała praca śledcza akcji "Anna". Setki ludzi skwapliwie wyławiało informacje, które analizowano, poddawano ocenie ekspertów. Zbierano także dane osobowe o tysiącach mężczyzn. W pewnym momencie w kręgu podejrzanych znalazło się ich sto tysięcy.
Po dokładne analizie miejsc dokonania zbrodni stwierdzono, że musi to być ktoś, kto mieszka w Będzinie lub Dąbrowie Górniczej, bo tam było epicentrum. Funkcjonariusze służby operacyjnej MO chodzili "po kolędzie" od domu do domu. Spisywali mężczyzn. Pytali o wszystko.
Sporządzono specjalne perforowane kartoteki, a w nich fiszki z nazwiskami. "Prześwietlano" najrozmaitsze grupy ludzi i środowiska. Pod baczną obserwacją znajdowali się właściwie wszyscy mężczyźni zamieszkali na tym terenie.
Gdy żadne z działań nie doprowadziło do celu, a wszelkie metody wypróbowane w podobnych przypadkach na świecie, przeszczepione na nasz grunt, zawiodły - postanowiono wykonać gigantyczną pracę.
W czerwcu 1970 roku powstała kolejna problemowa analiza całokształtu materiału działań. Była to ostatnia z kilkudziesięciu dokonanych analiz i planów. W dokumencie tym przyjęto za ustalone pewne fakty i podporządkowano im dalsze działania. Ustalono, że sprawca musi odpowiadać określonym cechom fizycznym i psychicznym i że jego miejscem zamieszkania lub trwałego związku jest Dąbrowa Górnicza. Autorami tej analizy byli: naczelnik Wydziału Specjalnego Komendy Wojewódzkiej MO w Katowicach, ppłk Jerzy Gruba oraz naczelnik wydziału zabójstw Komendy Głównej MO, płk Józef Muniak. Na jej powstanie złożył się ogrom prac oficerów operacyjnych. opierając się na tym, co zdołano na pewno ustalić, sporządzono wykaz cech osobowych, fizycznych i psychicznych, jakie powinien posiadać zagłębiowski wampir. Cech tych było 485. Wiadomo było na pewno, że wampir nie mógł mieć w roku 1964, na początku swej zbrodniczej działalności, mniej niż 25 lat, że miał do 170 cm wzrostu, ciemne, falowane włosy, musiał być sprawny fizycznie, mieć taki wzrok, aby móc chodzić bez okularów, pracować w systemie trójzmianowym lub na stanowisku, które mógłby opuszczać bez specjalnej kontroli, musiał to być człowiek faktycznie (ale niekoniecznie formalnie) samotny itd., itd.
Znaczniej trudniej było ustalić cechy psychiczne. Ale ustalono, że musi to być człowiek konfliktowy, nieśmiały, małomówny, skrzywdzony przez kobietę (w jakikolwiek sposób) lub uważający się za skrzywdzonego, psychicznie zrównoważony, brutalny w pożyciu z najbliższymi, wreszcie, że człowiek ten może mieć dobrą opinię w aktualnym miejscu pracy.
Wrócono jeszcze raz do materiałów zebranych o mężczyznach mieszkających w pobliżu terenu działania wampira. Karty perforowane z cechami mężczyzn najdokładniej opisanych położono na arkusz owych 485 cech. Całość położono na podświetlarkę i wyszedł spiczasty trójkąt. Na dole znaleźli się ci, co mieli tych cech najmniej, na samej górze, na spiczastym wierzchołku, z 56 cechami na 485 możliwych, znalazł się Zdzisław Marchwicki - sam jeden. Poniżej tego wierzchołka plasowały się inne nazwiska z dość znaczną różnicą punktową. Miały najwyżej 35 cech.
Zdzisław Marchwicki został aresztowany 6.I.1972 roku pod zarzutem serii morderstw na tle seksualnym. Stało się to po 7 latach i 2 miesiącach od chwili pierwszego mordu.
Zaczął się nowy etap: Postępowanie przygotowawcze przeciwko Zdzisławowi Marchwickiemu. Aresztowanie Marchwickiego było połową drogi - należało mu jeszcze udowodnić winę. Należało zebrać dowody. Jak najwięcej dowodów. Nie mówił bowiem nic. Przyznanie się podejrzanego to nie jest wystarczający dowód w sprawie, ale przecież wiadomo, że przywiązuje się doń wagę niemałą. Zbierano więc dowody, gromadzono tysiące informacji, analizowano najdrobniejsze zdarzenia. Nie było rzeczy błahych, nieważnych. Materiał dowodowy rósł. Kryminogenna rodzina podejrzanego, została prześwietlona jak w rentgenie, obraz działań, ogrom zbrodni, tło - wszystko zaczęło rysować się wyraźną kreską. Sam podejrzany zaś "pękł" 10.V.72 r. Zaczął mówić.
21.V.72 r. został aresztowany Henryk Marchwicki - brat podejrzanego. 24.V.72 r. - Jan Marchwicki, drugi brat podejrzanego, 4.VII.72 r. - Halina Flak z domu Marchwicka, siostra podejrzanego (w ten sposób wszystkie dzieci Józefa Marchwickiego znalazły się w areszcie śledczym w związku z tą samą sprawą), wreszcie 11.XI.72 r. - Józef Klimczak - przyjaciel Jana, i 29.XII.72 r. - Zdzisław Flak, syn Haliny i siostrzeniec głównego podejrzanego.
W 142 tomach akt głównych, 500 tomach akt kontrolnych i kilkudziesięciu tysiącach teczek z materiałami operacyjnymi zamknęło się śledztwo w sprawie zagłębiowskiego wampira, który paraliżował strachem przemysłowy, gęsto zaludniony okręg przez kilka lat.
29.VI.74 r. do Sądu Wojewódzkiego w Katowicach wpłynął akt oskarżenia przeciwko Zdzisławowi Marchwickiemu i innym oskarżonym. Akt oskarżenia, obejmujący wraz z uzasadnieniem 200 stron zarzucał Zdzisławowi Marchwickiemu, ur. w 1927 r. w Dąbrowie Górniczej, zam. w Siemianowicach przy ul. Krupanki 36, pochodzenia i przynależności społecznej, posiadającemu wykształcenie 6 klas szkoły podstawowej i 3 klas szkoły zawodowej, żonatemu, ojcu ośmiorga dzieci - zabójstwo 14 kobiet i usiłowanie zabójstwa 6 kobiet. Ponadto urząd prokuratorski zarzucił mu znęcanie się nad rodzina, znieważenie funkcjonariusza MO i zabór społecznego mienia.
Janowi Marchwickiemu, ur. w 1929 r., pochodzenia robotniczego, przynależności do inteligencji pracującej, o wykształceniu średnim, stanu wolnego, postawiono osiem zarzutów (został on zresztą skazany w innych procesach na kary wieloletniego więzienia i grzywny). Tym razem został oskarżony o nakłanianie Zdzisława do zabójstwa dr Jadwigi K., a Henryka oraz Józefa Klimczaka do udzielenia mu pomocy, o nakłanianie Klimczaka do zabójstwa młodej dziewczyny, która miała z nim dziecko, o czyn nierządny wobec nieletniego, o nakłanianie siostrzeńca - Zdzisława Flaka, do kradzieży, o przyjęcie skradzionych rzeczy, poświadczanie nieprawdy oraz gmatwanie toczącego się postępowania przygotowawczego poprzez nakłanianie różnych osób do składania nieprawdziwych zeznań.
Henrykowi Marchwickiemu, ur. w 1930 r. w Dąbrowie Górniczej, zam. w tejże Dąbrowie przy ul. Korzeniec 24 a, pochodzenia robotniczego, o wykształceniu podstawowym, renciście, rozwiedzionemu, ojcu trojga dzieci, prokurator przedstawił sześć zarzutów. Najważniejszy z nich, którym objęty został również Józef Klimczak, dotyczył wspólnego działania, za namową Jana Marchwickiego, polegającego na udzieleniu pomocy Zdzisławowi w dokonaniu zabójstwa dr Jadwigi K. poprzez obserwowanie jej na trasie jej powrotu do domu z Uniwersytetu Śląskiego, a nadto przypisano mu kradzież zamordowanej, wspólnie z bratem Zdzisławem - zegarka, wreszcie znęcanie się nad rodziną, paserstwo oraz pomoc w oszustwie.
Po dwa zarzuty prokurator przedstawił Halinie Flak i jej synowi. Halina Flak, z domu Marchwicka, ur. w 1924 r. w Dąbrowie Górniczej, zamieszkała tamże przy ul. Królowej Jadwigi 7, skończyła 6 klas szkoły podstawowej, jest zamężna, ma dwoje dzieci, zatrudniona była jako pracownica fizyczna. Jej syn, Zdzisław Flak, urodzony w 1952 r. w Dąbrowie Górniczej i tam też zamieszkały, z ukończona szkołą podstawową i zawodową, pracujący, kawaler, karany już przez sąd dla nieletnich, również zastał objęty aktem oskarżenia.
Siostrze wampira zarzucono, że przyjmowała od brata Zdzisława drobne przedmioty skradzione ofiarom i że wiedziała o ich pochodzeniu oraz to, że wyłudziła bezprawnie zasiłek chorobowy z miejsca pracy, zaś siostrzeńcowi Marchwickiego zarzucono, iż mając wiarygodną wiadomość o dokonaniu zabójstwa dr Jadwigi K. nie zawiadomił o tym organów ścigania i że, ulegając namową stryja Jana, dopuścił się kradzieży akcesoriów samochodowych.
Józefowi Klimczakowi, ur. w 1948 r. w Bielsku-Białej, zam. w Katowicach w mieszkaniu Jana Marchwickiego, o wykształceniu podstawowym i zawodowym, kawalerowi, ojcu jednego dziecka, pozostającemu na utrzymaniu Jana, akt oskarżenia zarzucił pomocnictwo Zdzisławowi Marchwickiemu w dokonaniu zabójstwa dr Jadwigi K. przez obserwowanie jej na trasie powrotu do domu i wskazanie jej zabójcy.
Nie wszystkie zarzuty aktu oskarżenia miały jednakowy ciężar, ale chodziło o to, aby jak w zwierciadle odbiła się moralność ogromnej większości członków tej rodziny, jej nastawienie do życia, solidarność wewnątrzrodowa, wreszcie całe obyczajowe tło i środowisko, w którym oskarżeni się wychowywali, aby uplastycznić niejako te wszystkie ponure i straszne aspekty - niezrozumiałe dla ogromnej większości obywateli w naszym kraju.
Zdzisław Marchwicki wywodził się z rodziny niewątpliwie ewenementnej, której losami i uwikłaniami zajmowali się biegli psychiatrzy, psycholodzy i specjaliści kryminologii.
18.IX.74 r. przed Sądem Wojewódzkim w Katowicach zaczął się proces seryjnego mordercy kobiet. Proces odbywał się w dużej świetlicy huty cynku "Silesia", ponieważ w gmachu katowickiego sądu trwał remont i nie można było nigdzie znaleźć sali tej wielkości, by mogli pomieścić się ci, którzy z różnych racji mają prawo, a czasem i obowiązek przebywać na sali rozpraw. W ciągu 125 procesowych dni, rozciągnęły się one w czasie na 11 miesięcy (bowiem posiedzenia sądu odbywały się tylko w środy, czwartki i piątki), sąd pracował pod przewodnictwem sędziego Sądu Wojewódzkiego Władysława Ochmana. Za stołem sędziowskim zasiadali także: sędzia Andrzej Rembisz i ławnicy Franciszek Tatarczuk, Ryszard Kukwa i Eryk Skiba. Protokołowały na zmianę: Władysława Starek i Maria Gnacik. Oskarżało dwóch prokuratorów: prokurator generalny Józef Gurgul, który nadzorował postępowanie przygotowawcze, i jako wiceprokurator - prokurator wojskowy Zenon Kopiński. Każdego z oskarżonych broniło po trzech obrońców.
Sąd dysponował następującym materiałem dowodowym na którym oparł swój wyrok:

a. wyjaśnienia 6 oskarżonych złożone podczas śledztwa i podczas rozprawy,
b. zeznania przesłuchanych na sali bezpośrednio przez sąd przeszło 500 świadków,
c. zeznania ok. 100 świadków złożone w postępowaniu przygotowawczym i odczytane na rozprawie,
d. ekspertyzy i opinie przeszło 20 biegłych z różnych dziedzin nauki,
e. protokoły z eksperymentów procesowych, przeprowadzonych w postępowaniu przygotowawczym, i wizje lokalne, przeprowadzone przez sąd wraz dołączoną dokumentacją,
f. ponad 1000 dokumentów dotyczących różnych kwestii szczegółowych i ogólnych, przedłożonych wraz z aktem oskarżenia i zażądanych przez sąd z urzędu i na wniosek stron,
g. ponad 100 różnych dowodów rzeczowych,
h. 25 taśm magnetofonowych z przesłuchania oskarżonych i świadków w postępowaniu przygotowawczym oraz 6 filmów i 325 przeźroczy i zdjęć,
i. 141 tomów akt postępowania przygotowawczego wraz z załączonymi aktami dowodowymi, dotyczącymi innych spraw, lecz mającymi bezpośredni związek z rozpoznawaną przez sąd sprawą,
j. 10 tomów protokołów z rozpraw sądowych, 255 taśm magnetofonowych i 5 taśm wideo z rozpraw sądowych, a ponadto 10 tomów akt postępowania przed sądem poza protokołami z rozpraw.

Według opinii biegłych "z powodu nie wykształconej w pełni zdolności do normalnego życia seksualnego potrzebował silnych bodźców zewnętrznych w formie wynaturzonej, w postaci widoku krwi, konwulsji ofiary i jej agonii. Cechy sadyzmu, jakimi się odznaczał, wykorzystywane były przez niego w sposób świadomy, zaplanowany i konsekwentny".
Dlatego też Sąd przyjął, iż główny oskarżony to człowiek sprytny, działający z przemyślnym zamiarem, przygotowujący się do dokonania przestępstwa, zabezpieczający sobie ucieczkę z miejsca mordu. Że cechuje go pewność siebie, zdecydowanie w działaniu, chytrość, spryt i umiejętność oceny sytuacji.
Napadał znienacka na samotnie idące kobiety, często pod osłoną ciemności lub mgły, uderzał z tyłu, zadawał ciosy z dużą siłą. To tylko kwestia przypadku, że cztery jego ofiary przeżyły. Był głęboko przekonany, że z wyjątkiem jednego przypadku - zostawiał je martwe.
Może właśnie dlatego tak gorliwie zaprzeczył zarzutowi dziewiętnastemu z aktu oskarżenia, tzn. napaści na pielęgniarkę Irenę W. Zadał jej - w myśl aktu oskarżenia - tylko jeden cios, który spowodował złamanie szczęki, napadnięta kobieta upadła, jego coś spłoszyło - uciekł. Może uznał, że to "spartaczona robota", niegodna jego, i dlatego od początku do końca wypierał się właśnie tego czynu? Jest to dylemat dla psychologów, dlaczego wielokrotny morderca kobiet wypiera się tak stanowczo i uparcie czynu, który wśród innych dziewiętnastu obciążonych straszliwymi skutkami jest najlżejszy?
Choć ofiary były przypadkowe, okazje planował szczegółowo, mścił się na kobietach z powodu własnych niepowodzeń życiowych, zaspokajał swój popęd płciowy w sposób bestialski, okrutny, działał w atmosferze pewności siebie oraz okresowej bezkarności, jakby na złość organom ścigania.
Dziewiętnaście zamachów na życie kobiet jak klamra spinają dwa morderstwa szczególne. Pierwsza ofiara, Anna M., była sąsiadką teściowej Zdzisława Marchwickiego - Florentyny Król. Kobiety nie znosiły się, kłóciły wielokrotnie.
Czy chciał przysłużyć się swojej teściowej, by wsparła go w prośbach kierowanych do Marii o jej powrót z dziećmi na Śląsk? Czy Florentyna wiedziała, kto zamordował sąsiadkę? Czy sam sprawca przeciągając trupa w krzaki doznał orgazmu i zorientował się przypadkowo, że to może być sposób zaspokajania popędu seksualnego? Proces nie dostarczył na te pytania jasnych odpowiedzi. Natomiast ostatnie morderstwo, dr Jadwigi K., zostało wyjaśnione w szczegółach nie tylko dlatego, że tak postanowił wymierzyć swoją zemstę Jan i że Zdzisław powiedział: "Trzeba było bratu pomóc", ale i dlatego, że jest to jedyne spośród wszystkich morderstw zagłębiowskiego wampira, w którym nie działał on sam (co zresztą wprowadziło kiedyś do toczącego się śledztwa znaczne zamieszanie i było wówczas trudne do zrozumienia).
Trzej bracia i Klimczak składali sobie po zabójstwie dr K. przysięgę, że nie ujawnią szczegółów tego czynu, że nie zdradzą się wzajemnie. Właściwie jeden Zdzisław przysięgi dotrzymał.
Wszyscy oskarżeni, a także żona głównego podsądnego, poddani byli dokładnym badaniom, nie tylko zresztą psychiatrycznym.
Opinię z zakresu seksuologii dotyczącą Zdzisława Marchwickiego wydali prof. dr hab. Edmund Chróścielewski i doc. dr hab. Władysław Nasiłowski. W czasie śledztwa i później, na rozprawie, dokonali oni szczegółowej analizy materiału dowodowego w zakresie zboczeń seksualnych i analizy poszczególnych przypadków zabójstw, przeprowadzili wywiady, zapoznali się z dokumentacją lekarską i orzekli:

- stwierdzono cechy manipulacyjnego działania (w szeregu przypadków) wokół narządów rodnych, lecz brakuje danych o ewentualnym odbywaniu stosunków płciowych z ofiarami;
- nie było wybiórczego działania (ofiarami były różne kobiety);
- sprawcę cechuje psychopatologiczna struktura osobowości;
- stwierdzono sadyzm-tyranizm;
- w realizacji działania popędowego zasadniczym celem było dokonanie morderstwa, reszta (np. zabieranie drobnych przedmiotów) to działanie uzupełniające;
- u sprawcy istniały nieprawidłowości w realizowaniu popędu seksualnego: bicie i znęcanie się nad żoną, ekshibicjonizm, kazirodztwo, odbywanie stosunków z żoną w czasie menstruacji, w czasie ataków epileptycznych, z półprzytomną.

Opinię lekarsko-psychiatryczną, złożoną po obserwacji szpitalnej trwającej od 30 VII do 5 XII 1973 w Szpitalu Psychiatrii Sądowej w Grodzisku Mazowieckim, podpisali lekarze medycyny, specjaliści z zakresu psychiatrii, Andrzej Różycki i Józef Milczarek. Stwierdzili oni na wstępie:

"1. Niemal wszystkie zabójstwa lub usiłowania noszą w sobie cechy zabójstw na tle seksualnym;
2. sprawca zawsze działał jednakowo;
3. w żadnym wypadku nie stwierdzono, by odbył stosunek z ofiarą".

A dalej w opisie można przeczytać:

"Na podstawie akt sprawy, wielokrotnych badań, badań dodatkowych, obserwacji oraz danych:
1. u Zdzisława Marchwickiego nie stwierdzamy choroby psychicznej ani też niedorozwoju umysłowego;
2. stwierdzamy nieprawidłowe cechy osobowości typu psychopatycznego oraz sadystyczne zboczenie popędu seksualnego;
3. brak jest danych, by w okresie dokonania zarzucanych mu czynów posiadał zmienioną lub ograniczoną zdolność rozumienia ich znaczenia i kierowania postępowaniem;
4. jest zdolny do stawania przed sądem".

Sąd Wojewódzki w trakcie przewodu nie zgodził się z opinią biegłych w kwestii odbywania przez oskarżonego stosunków płciowych ze swymi ofiarami (Zdzisław Marchwicki zawsze utrzymywał, że w przeważającej większości przypadków z ofiarami swymi takie stosunki odbył). Biegli stwierdzili nadto i Sąd to przyjął, że:
"życie seksualne jest czynem popędowym, ale wychodzimy z założenia, że popęd seksualny nie dominuje nad wolą człowieka... w przypadku podsądnego zabójstwo z lubieżności nie uległo takiemu utrwaleniu, by dominowało nad jego intelektem".
Również biegły psycholog mgr Jerzy Jaworski przedstawił na rozprawie swoją opinię. Brzmiała ona:

"1. Intelekt badanego funkcjonuje prawidłowo;
2. w wypowiedziach badanego przejawia się poczucie winy za dotychczasowy styl życia i własne postępowanie w przeszłości;
3. wyraźna jest tendencja do panowania nad sytuacją w sensie dawania kontrolowanych wypowiedzi;
4. badania psychologiczne nie wykazują aktualnie choroby psychicznej".

Również pozostali oskarżeni poddani byli badaniom psychiatrycznym i psychologicznym.
Jan Marchwicki przebywał na obserwacji w szpitalu w Gnieźnie od 18 II do 25 III 1974. Pod opinią podpisali się doktorzy medycyny Marian Jaska i Marian Drogowski. Badał go również psycholog. Biegli stwierdzili, że:
"jest to psychopata o zboczeniu seksualnym pod postacią homoseksualizmu. Nadto cechuje go dążenie do zaspokojenia własnych potrzeb bez liczenia się z konsekwencjami i normami społecznymi; jest to egocentryk przerzucający winę na innych; usiłuje wykazać, iż padł ofiarą walki ideologicznej. Cechują go skłonności pieniacze, a cel swój stara się osiągnąć wszelkimi metodami".
Opinia Sądu, po kilkunastu miesiącach obserwowania podsądnego, była znacznie ostrzejsza niż biegłych. Sąd Wojewódzki orzekł w uzasadnieniu wyroku, że to, co powiedzieli o nim biegli, jest zbyt łagodne. Sąd uważa, że:
"Jan Marchwicki to człowiek wulgarny, zdemoralizowany, zdeprawowany i zdegenerowany, typ sadysty psychicznego, który chce zdeptać i zniszczyć każdego, kto odważa się występować przeciwko niemu".
Również Henryk Marchwicki skierowany był do Grodziska Mazowieckiego na badania psychiatryczne. Po obserwacji trwającej od 27 IV do 4 VII 1974 ci sami biegli, którzy opiniowali jego brata Zdzisława, stwierdzili, że:
"jest to psychopata nałogowo nadużywający alkoholu, a dostrzeżone cechy charakterologiczne należy uznać za psychopatyczne, a nie pochodzenia organicznego uszkodzenia mózgowego".
Biegli nie stwierdzili objawów psychodegeneracji występującej w alkoholizmie przewlekłym, a biegły psycholog dodał:
"Prymitywizm środowiskowy, zaniedbania wychowawcze, brak właściwej stymulacji pewnych funkcji intelektualnych. Kłamie, ale to cecha nałogowych alkoholików".
Halina Flak przebywała w Grodzisku od 7 III do 13 IV 1973. Biegli psychiatrzy stwierdzili, że:
"intelekt ma ociężały, na dolnej granicy prawidłowego rozwoju. Zdradza nieprawidłowości charakterologiczne, jest nieszczera, nieprawdomówna, łączy ją solidarność z rodziną, szczególnie z bratem Zdzisławem. Nie chorowała i nie choruje psychicznie z wyjątkiem krótkotrwałego okresu depresji reaktywnej (pobyt w szpitalu psychiatrycznym w Lublińcu w 1969). Zdradza jedynie odchylenia charakterologiczne, endogeniczne, częściowo pogłębione zaniedbaniem wychowawczym".
Ambulatoryjnie, przez doktorów Różyckiego i Krzaka, byli przebadani dwaj ostatni oskarżeni. O Józefie Klimczaku biegli orzekli, że:
"jest to osobnik psychopatyczny, homoseksualista bierny, uprawiający homoseksualizm w celu osiągnięcia korzyści majątkowych przy jednoczesnym utrzymywaniu normalnych stosunków seksualnych z kobietami".
O Zdzisławie Flaku zaś powiedziano tylko, że:
"ma nieprawidłowo wykształconą strukturę osobowości".
Z takimi to podsądnymi, z których jeden strachem paraliżował Zagłębie w ciągu przeszło siedmiu lat, miał do czynienia w czasie rozprawy Sąd Wojewódzki.
Na sędziowskim stole leżało 141 tomów akt śledczych, rosły tomy sądowych akt (w sumie 27 342 strony). Uciążliwe, całymi dniami trwające przepytywanie świadków, bezpośrednie konfrontacje "wampira" z ofiarami, które udało się odratować, taśmy filmowe z utrwalonymi szczegółami sekcji zwłok kilkunastu kobiet, protokoły z ekshumacji (bo i takie były), trzy kartony dowodów rzeczowych, wśród których znalazły się i ubrania, i narzędzia zbrodni, zidentyfikowane po ekspertyzach (przecinak metalowy, pejcz stalowy, szyna), koral, fragmenty obrączki i zegarki zabrane kiedyś ofiarom, a teraz stanowiące niezmiernie ważne dowody rzeczowe, taśmy z zanotowanymi wyjaśnieniami, ekspertyzy sporządzone przez placówki naukowo-badawcze, dotyczące mikrowłókien znalezionych na odzieży, cały olbrzymi materiał dowodowy w tej najpoważniejszej, bezprecedensowej nie tylko w Polsce, lecz i na świecie sprawie - oto z czym zetknął się komplet orzekający I instancji.
A na ławie oskarżonych siedziała w komplecie rodzina silniej niż więzami krwi związana solidarnością, przy jakiej bledną więzy rodziny Corleonów, przez którą niezmiernie ciężko było się przebić i w śledztwie, i na rozprawie. W gromadzie, ściśnięci na ławie oskarżonych, między mundurami milicjantów, prezentowali swoją brutalność i taki stosunek do życia, jakby całe zło tego świata skondensowane zostało w jednej pigułce: czworo rodzeństwa - dzieci Józefa, który w czasie procesu już nie żył.
Zdzisław Marchwicki, podczas śledztwa nic nie mówił; 10, 11, 16, 23 i 24 V 1972 przyznał się do wszystkiego, potem kręcił, ale w zasadzie cała jego linia postępowania w śledztwie to było przyznanie się do zarzucanych mu czynów.
Na rozprawie najpierw zaprzeczył wszystkiemu, potem powiedział: "Postąpiłem trochę brawurowo w Warszawie, przez co narobiłem bałaganu przyznając się". A potem: "Nie wiem, od czego zacząć, bo czego się dotknąć to kłamstwo". Tak było na początku rozprawy. Potem zaczął sobie zdawać sprawę, jak obciąża go materiał dowodowy. Linia jego obrony powoli zaczęła nie wytrzymywać próby sił i zaczął się załamywać. Był bezradny wobec rozpoznań świadków, kapitulował pod naporem faktów.
Przewód dowodowy był już zamknięty. Przyszła kolej na przemówienie rzeczników oskarżenia publicznego. Prokurator Józef Gurgul mówił przez 12 i pół godziny w ciągu czterech dni. Po procesie powiedział: "Cały czas w trakcie przewodu dowodowego zastanawiałem się, jak dotrzeć do głównego oskarżonego. Którędy prowadzi do niego droga. Czytałem wtedy masę rozpraw z dziedziny psychiki zbrodniarzy, literaturę fachową, literaturę piękną. Zastanawiałem się, jaką argumentację on może przyjąć za swoją? Dlaczego raz się przyznaje, raz odwołuje przyznanie? Co w nim siedzi naprawdę, tam gdzieś, potwornie głęboko, na dziesiątym dnie? Wiedziałem ze swojego prokuratorskiego doświadczenia: anioły przestępstw nie popełniają. A ci ludzie siedzący na ławie oskarżonych byli szczególnie niebezpieczni, agresywni, niebezpieczni".
Więc prokurator szukał do niego drogi. Przebijał się przez słowa napisane uprzednio, analizował dowody, "malował" obraz ściśniętego strachem Zagłębia. Mówił do sądu, do ludzi zabranych na sali, do oskarżonych, ale przede wszystkim do niego. Do Zdzisława Marchwickiego.
I pod koniec trzeciego dnia przemówienia prokuratora chyba coś pękło w Marchwickim. Bo wstał i nagle i wychrypiał:
- Tak przyznaję się do winy. Jestem wielkim mordercą. Nie wiem, ile kobiet zabiłem, może 20, może 26, nie pamiętam, nie liczyłem. Ponoszę wielką winę. Narobiłem wiele krzywdy.
28 VII 1975 roku w zapełnionej do ostatniego miejsca świetlicy Huty "Silesia", zamienionej na sądową salę. Sąd ogłosił wyrok w procesie seryjnego mordercy kobiet.
Sąd uznał Zdzisława Marchwickiego winnym zabójstwa 15 kobiet, usiłowania zabójstwa 4, zaś od zarzutu usiłowania zabójstwa pielęgniarki Ireny W. oskarżonego uniewinnił. Zostały mu także udowodnione pozostałe zarzuty z aktu oskarżenia. Sąd postanowił skazać go na karę śmierci. Karę śmierci wymierzył też sąd Janowi Marchwickiemu. Henryka Marchwickiego skazał na 25 lat pozbawienia wolności, Józefa Klimczaka na 12 lat, Halinę i Zdzisława Flaków na karę 4 lat pozbawienia wolności.
29 VI 1976 na wokandzie Sądu Najwyższego znalazła się sprawa Zdzisława Marchwickiego i innych. Szara teczka. Numer II, Kr. 171/76, fioletowa pieczątka: "kara śmierci".
W sądzie nie było tylko obrońców Klimczaka, ponieważ napisał on do sądu:
"Proszę cofnąć rewizję złożoną przez obrońców. Są to niepotrzebne korowody, nie zamierzam wnosić rewizji".
Jan Marchwicki prosił, aby mu pozwolono być na rozprawie rewizyjnej, ale jego wniosek nie został uwzględniony. Sąd zarządził przesunięcie rozprawy, która się właściwie jeszcze nie zaczęła, bo prokurator przedłożył nowe dokumenty: pamiętnik Zdzisława Marchwickiego, jego list do córki Barbary i pismo KW MO w Katowicach.
Sąd postanawia: zaliczyć dokumenty w poczet dowodów, a w związku z treścią przedłożonego pamiętnika i koniecznością uzyskania od autora dodatkowych wyjaśnień uzupełnić postępowanie poprzez:
a) przesłuchanie w Katowicach Zdzisława Marchwickiego (z udziałem biegłych psychiatrów) co do okoliczności czynów zawartych w tym pamiętniku i celu napisania pamiętnika,
b) przesłuchanie współwięźnia Zygmunta Alany, któremu autor pamiętnik wręczył, na okoliczność, jak długo przebywał w celi z oskarżonym i w jakich okolicznościach Marchwicki pisał pamiętnik; i wreszcie
c) płka Jerzego Grubę na okoliczność sporządzonych przez niego notatek służbowych.

Pamiętnik Zdzisława Marchwickiego.

Zwykły zeszyt za 4 zł 50 gr. w brązowej okładce z rysunkiem wrocławskiego ratusza, z tyłu stempel zachęcający do składania datków na Centrum Zdrowia Dziecka. Na pierwszej stronie: "Ten oto pamiętnik dedykuję koledze, z którym siedzę w jednej celi - Marchwicki Z. - wampir Zagłębia", a dalej w kratkach, równe pismo, w sumie 38 stron zapisanych przez oskarżonego (w aktach załączona ekspertyza autentyczności pisma).
Zaczyna się tak:
"Ja Marchwicki Zdzisław opisuję swoje życie i zacznę od tego że urodziłem się w Dąbrowie Górniczej dnia 18-X-1927 a więc jako młody chłopiec chodziłem do szkoły podstawowej w Będzinie nauka nieszła mi dobrze, a właściwie to uczyłem się bardzo słabo i chyba tylko dlatego że chodziłem na wagary i oglądałem się za dziewczynkami... Gdy siedziałem z dziewczynką nie byłem zainteresowany lekcjami a tą z którą siedziałem. Często zdarzało mi się że na przerwie chodziłem do ubikacji bawiłem się członkiem. Po szkole podstawowej parę miesięcy tokarskiego. Kiedy zaczęła się wojna wywieziono mnie do Niemiec na prace przymusowe. Tam pierwszy miałem stosunek z kobietą, starszą ode mnie - mężatką, miała ona na imię Ewa..."
A potem jest o pracy u Gaborki, o pierwszym stosunku odbytym z krową w oborze"... wyglądało to tak jakby z kobietą, tyle że musiałem stać na stołku i było mi trochę niewygodnie...", a potem Gaborka złapała go na tych praktykach na łące i nie chciała go trzymać u siebie. Dalej jest mowa o obozie w Kędzierzynie, o pracy w Prudniku, o sypaniu okopów w Żywcu i powrocie do domu, przed samym końcem wojny. O siostrze i kazirodczych stosunkach z nią (mąż Haliny pobił go pogrzebaczem, stąd złamany nos), o nielegalnym handlu, jaki uprawiał po wojnie, i o dwóch miesiącach spędzonych w więzieniu w Mysłowicach, a wreszcie o pierwszej prawdziwej pracy w kopalni "Generał Zawadzki", o ślubie - najpierw cywilnym w 1956, a później kościelnym w 1958 - z Marią i o kłótniach z nią, o wzajemnym robieniu sobie na złość, o jej kochankach i jego przyjaciółce Helenie.
Potem Marchwicki cofa się w lata dzieciństwa, przypomnienie, że matka umarła, gdy miał dwa lata, że ojciec pracował w kopami "Paryż", że ciągle się przeprowadzali. I że ma czwórkę dzieci z żoną. Wymienia ich imiona: Marek, Zbyszek, Barbara, Iwona. Lesław i Jolanta noszą jego nazwisko, ale to nie jego dzieci. (Ostatnie dziecko zarejestrowane na jego nazwisko, ponieważ Maria nie chciała, mimo iż jej to proponowano, przeprowadzić z nim rozwodu, urodziło się w dwa lata po aresztowaniu Zdzisława Marchwickiego. Jest to dziewczynka, ma na imię Karina).
Teraz w pamiętniku następuje relacja o dokonanych przestępstwach. Różni się ona od aktu oskarżenia i od tego, co było przedmiotem rozprawy w I instancji. Przede wszystkim Marchwicki pisze tu o 35 napaściach na kobiety. Część z tych relacji pokrywa się z przestępstwami z aktu oskarżenia, ale jest też wiele zupełnie nowych, dokonanych zresztą - wg wersji pamiętnika - poza Zagłębiem, gdy Marchwicki wyjeżdżał, czasem służbowo jako konwojent, czasem prywatnie, kilka razy z bratem Henrykiem. Występują więc w pamiętniku zupełnie nowe miejscowości, jak: Strzemieszyce, Rogoźnik, Rybnik, Pszczyna, Ogrodzieniec, Szopienice, Ruda Śląska, Limanowa, Wirek, Piotrków, Mysłowice, Końskie, Radomsko. Marchwicki podaje zapamiętane szczegóły zbrodni, "modus operandi", drobne przedmioty, jakie zabrał ofiarom. Opis tych przestępstw jest straszliwy w swojej monotonności. Autor miesza daty, cofa się w czasie, ale wynika z tej relacji, iż zaczął mordować w 1951, a ostatniej napaści na kobietę dokonał w 1971.
Potem stwierdza:
"opisałem całe swoje życie" Opowiada o aresztowaniu, śledztwie, badaniach psychiatrycznych i rozprawie; dodaje: "myślałem, że dostanę 25 lat albo mnie Rada Państwa ułaskawi". A dalej: "chciałem i nie chciałem, żeby mnie powiesili, myślałem, ile jest warte moje życie i ile krzywdy ludziom i rodzinie narobiłem d że w tak paskudny sposób mam odejść z tego świata".
Przytacza różne "wygłupy", jak sam to nazywa, jakie robił w więzieniu, jak wylewał mannę na głowę.
"...rozdrażnienie i nienawiść nie opuszczały mnie... w tym czasie jak siedzę odczuwam taką potrzebę żeby kogoś zabić chociaż wiem, że to niemożliwe... drapię się bo odczuwam potrzebę krwi widzenia... w zapachu czuję zadowolenie i mimo że mnie boli to jednak żywcem wyrywam ciało by wymazać się krwią... po całych dniach i nocach myślę tylko o tym, że lada dzień wszystko się skończy.... normalny stosunek z kobietą nie dawał mi tyle ile stosunek z zamordowaną kobietą... myślałem, że taka rozczochrana i niewładna a najbardziej podniecała mnie jej krew..."
Potem pisze o stosunkach z siostrą i o tym, jak szwagier przetrącił mu nos pogrzebaczem, o stosunkach homoseksualnych z siostrzeńcem. Wreszcie stwierdza: "postanowiłem udawać głupka bo może mi to pomoże..." Pisze o sobie: "siedzę teraz w kącie między szalką a zlewem i piszę"; a później zastanawia się nad przyczynami swojego zboczenia: "to po prostu zboczenie i zemsta". Pamiętnik kończy się prośbą wygłoszoną do czytających, by przestrzegali piątego przykazania.
10 VII 1975 do Sądu Najwyższego wpłynął list od Zdzisława Marchwickiego:
"Wobec tego że sam i dobrowolnie wyjaśniłem przestępstwa nie objęte aktem oskarżenia bardzo proszę o wzięcie pod uwagę moich dobrych chęci i szczere przyznanie się przed wykonaniem wyroku to znaczy, że proszę o przedłużenie tego jak najdłużej... Następnie o wszystkich swoich przestępstwach i całym swoim życiu opisałem w pamiętniku koledze lecz nie wiem co się z nim stało. Prawdopodobnie uległ on zniszczeniu... Trudno, popełniłem przestępstwo i muszę być ukarany. Tylko proszę o przedłużenie tego wszystkiego..."
13 VII 1976 delegowani ze składu orzekającego Sądu Najwyższego sędziowie: przewodniczący kompletu Jerzy Bratoszewski, Wacław Sutkowski i Zbigniew Kwiecień pojechali do Katowic, by przesłuchać trzy osoby.
Od godz. 10.30 do 12.00 w sali nr 219 Sądu Wojewódzkiego przy ul. Andrzeja trwało przesłuchanie, na którym prócz przesłuchiwanych byli obecni: Halina Flak z obrońcą, obrońcy Zdzisława, Jana i Henryka Marchwickich oraz obrońca Zdzisława Flaka, a także prokurator Gurgul i biegli psychiatrzy, dr Różycki i dr Milczarek.
Zdzisław Marchwicki wyjaśnił:
"Pamiętnik pisałem dobrowolnie... w okresie kiedy go pisałem, oprócz mnie w celi było jeszcze dwóch więźniów... pisałem go od razu na czysto, nie robiąc wcześniej żadnych notatek. Pisałem kilka godzin dziennie... W pamiętniku, który napisałem, część jest prawdą, a część nie... Prawdą jest to, co napisałem na temat zabójstw opisanych w wyroku, natomiast to, co pisałem na temat innych zabójstw, jest zmyślone przez mnie... nie wiem, jak mam wytłumaczyć, że pewne fakty wymyślone przeze mnie mają pokrycia w rzeczywistości. Nie wiem, co mam mówić, nie spodziewałem się, że będę doprowadzony dzisiaj na przesłuchanie. ...Wszystko pisałem samodzielnie, nikt mi nic nie podpowiadał..."
Okazano mu pamiętnik.
"Tak, to jest ten pamiętnik, który pisałem".
Na pytanie adwokata odpowiedział:
"Pisałem ten pamiętnik, bo chciałem sobie przedłużyć trochę okres wykonania wyroku... Kiedy pisałem pamiętnik, byłem załamany, w chwili obecnej czuję się tak samo".
Na pytanie obrońcy Haliny Flak:
"...Nie żyłem fizycznie z siostrą. Ona nie wiedziała nic na temat faktów, do których się przyznałem".
Na pytanie Sądu:
"Udział brata Henryka Marchwickiego w tych nie wykrytych zabójstwach należy uznać za fakt wymyślony przez mnie...
...Wszystko co pisałem na temat pomocy członków mojej rodziny w zabójstwach, jest zmyślone. Prawdą jest to, co podałem o współudziale braci, jeśli idzie o zarzuty opisane w wyroku".
Na pytanie obrońcy Jana Marchwickiego:
"Jan nie miał żadnego udziału w zabójstwie dr Jadwigi K."
I zaraz na pytanie Sądu:
"Prawda jest zupełnie inna. Raczej nie chciałbym na temat tej prawdy wyjaśniać".
Na pytanie biegłych:
"Sam już nie wiem, co mam mówić, tyle się wszystkiego narobiło..."
Na pytanie Sądu:
"Pisałem do płka Gruby, bo chciałem z nim jeszcze porozmawiać..."

Protokół z tego przesłuchania, uzmysławia czytelnikowi, przez jaki gąszcz odwoływanych po wielokroć stwierdzeń, wyjaśnień i zeznań musiał się przebijać w tej sprawie sąd, jak w tym bardzo trudnym procesie trzeba było analizować wypowiedzi świadków, dowody, jak szalenie trudno było dotrzeć do prawdy materialnej, która musiała być udowodniona.
Z przesłuchania płka Gruby warto chyba wynotować to, iż powiedział:
"W ramach nadzoru poszedłem do Zdzisława Marchwickiego i zastałem go w innym nastroju niż zwykle... pisał do mnie wiele. Pisał z prośbą o rozmowę... odkładałem listy ad acta".
Zygmunt Alana, 27-letni stolarz siedzący za rozbój, powiedział:
"Przez 10 miesięcy przebywałem w celi ze Zdzisławem Marchwickim. On się nudził, zaczął się wygłupiać, zaproponowałem mu, żeby przepisywał książkę. Ale go to nudziło, bo miał słaby wzrok. Powiedział, że mi napisze coś od siebie. Napisał mi "dyplom dla wampira młodszego". Zaproponowałem, by napisał coś o sobie. Kupiłem mu zeszyt z wypiski. Pisał po dwie, trzy godziny dziennie. Nie rozmawiałem z nim wtedy. Pisał powoli, od razu na czysto, kilka miesięcy, on nie wiedział, że pamiętnik dałem władzom... Zawsze sensownie odpowiadał na pytania..."
Biegli orzekli:
"Nie stwierdzamy zaburzeń psychicznych. Dostrzegamy obniżenie nastroju, adekwatne do sytuacji". A dalej nawiązując do treści pamiętnika: "Pederastia czy zoofilia są znamionami ubocznymi przy sadyzmie: dla nas zasadniczy jest sadyzm".
22 IX 1976 rano woźny Sądu Najwyższego załadował na wózek tomy akt sądowych i zwiózł na salę rozpraw, na III piętro. Punktualnie o wyznaczonej godzinie za stołem usiadło pięciu sędziów, zdjęli birety, i przewodniczący oznajmił na wstępie, iż zebrane zostały w tom liczący 504 strony wszystkie pisma, jakie wystosował do sądu Jan Marchwicki. Zarzucał sądowi I instancji oszustwo procesowe, którego ofiarą padł jego brat Zdzisław, i to, że z całej rodziny Marchwickich zrobiono zakładników.
Jan złożył różne wnioski dowodowe, ale Sąd Najwyższy nie uwzględnił ich, bo były odległe od przedmiotu rozprawy. Przypomniał tylko to, co działo się między instancjami, by przejść do zreferowania rewizji wniesionych przez obronę. Obrońcy Zdzisława Marchwickiego wnosili o uniewinnienie oskarżonego, zarzucając Sądowi I instancji obrazę prawa procesowego, dowodząc, iż sąd źle ocenił zeznania świadków, kwestionując wszystkie niemal opinie biegłych; przyznanie się oskarżonego najpierw w śledztwie, a później na rozprawie określili jako akt załamania i bezradności, powstały w depresji reaktywnej.
W ciągu dwóch dni kolejno przemawiali przed sądem obrońcy rodziny Marchwickich (Klimczak wycofał rewizję), kwestionowali zeznania świadków i twierdzili, że wszystko w tym procesie kręci się wokół prawdopodobieństw, rozpoznań, którym nie można przypisać wiarygodności, i domniemań nie wytłumaczonych na korzyść podsądnych.
Po obrońcach mówił prokurator. Punkt po punkcie zbijał argumenty obrony. Powoływał się na protokoły zeznań, podpisane przez podejrzanych, na taśmy filmowe i na wyniki ekspertyz, na dowody przeprowadzone w postępowaniu dowodowym, na rzeczowe dowody z olbrzymim trudem zidentyfikowane w drodze działań tak żmudnych i drobiazgowych, że czasem aż nie chciało się wierzyć, iż mogły być przedsięwzięte.
Dowodząc raz jeszcze winy głównego oskarżonego i reszty podsądnych, prokurator wnosił o utrzymanie w mocy wyroku Sądu I instancji, z tym że wnioskował zmniejszenie kary wymierzonej Halinie Flak o połowę, jako że Sąd uchybił przepisom prawa materialnego, gdyż w chwili orzekania wyroku obowiązywała amnestia, a oskarżona miała ukończone 50 lat. Kara pozbawienia wolności zatem winna jej być zmniejszona.
25 IX o godz. 10.30 Sąd Najwyższy zebrał się po raz ostatni w tej sprawie, oznaczonej numerem II Kr 171/76.
Sąd Najwyższy postanowił uchylić rewizje wniesione przez obrońców Zdzisława, Jana i Henryka Marchwickich i wyroki Sądu I instancji w części dotyczącej trzech braci i Józefa Klimczaka utrzymać w mocy.
W stosunku do Haliny Flak Sąd Najwyższy orzekł karę łączną pozbawienia wolności na lat 3.
Na 2 lata i 8 mieś. pozbawienia wolności skazany został Zdzisław Flak. (Sąd uznał przestępstwo, jakiego ten ostatni się dopuścił, za jednorazowe, nie zaś ciągłe, a nadto oskarżony nie miał osiemnastu lat w dniu zabójstwa Jadwigi K., tzn. 4 III 1970).
Sąd Najwyższy w ustnym uzasadnieniu wyroku podniósł, że sprawa, w której musiał orzekać, należy do niecodziennych nie tylko ze względu na długość działań sprawcy, ogrom zbrodni, jakich się główny oskarżony dopuścił, i pobudek, jakie go do tych działań popchnęły, ale i ze względu na stopień demoralizacji rodziny Marchwickich, która niemal w całości zasiadła na ławie oskarżonych.



Głosuj (0)

conclusa pią07:44:10 25/02/2011 [Powrót] Komentuj








Conclusum - zamknięta przestrzeń mojego świata

Weszło 31320


Księga Gości, 1, Dodaj do Księgi



conclusum
Dodaj do Ulubionych

OczamiKobiety-o świecie w którym żyje: bolesnym,śmiesznym, groteskowym i abstrakcyjnym.Witam na deskach mojego Teatru.Razem siądźmy i obejrzyjmy spektakl.Tak niecodzienny,codzienny, rożny i zwykły,niezwykłością powalający.Acta est fabula -Sztuka odegrana
Zamknięta przestrzeń mojego świata
Tria genera sunt vitae, inter quae guod sit optimum,quaeri solet: unum voluptati vacat, alterum conteplationi, tertium actioni. - Trzy są sposoby życia i na ich temat zazwyczaj się dyskutuje, który z nich jest najlepszy: Jeden, to oddawanie się przyjemnościom, drugi- rozmyślaniu , trzeci- działaniu. (Seneca)
Wybór należy do Ciebie, który wybierasz jako przewodni:)
Caritate benevolentiaque sublata omnis est e vita sublata iucunditas -Jeśli usuwa się z życia miłość i życzliwość, to usuwa się [z życia] wszelką przyjemność (Cicero)
Tamidiu dicendum est ,quamidiu vivas - Powinniśmy się uczyć tak długo, jak długo żyjemy ( Seneca Philosophus)- mój ulubiony.
Więc uczę się żyć. :]
Bo nieważne jak długo bije Twoje serce. Ważne ile razy stanęło.Moje staje jak się budzę rano. Z wrażenia ,że bije.
Conclusum - Oto zamknęta przestrzeń mojego życia...
"Żyj tak aby po śmierci znajomi się nudzili"
"Żyj tak aby ateiści dziękowali bogu ,że umarłeś"
Dom to nie miejsce gdzie mieszkasz,ale miejsce w którym Cię rozumieją.

Si vis amari, ama - Jeśli chcesz być kochanym, kochaj (Seneca)
Amare et sapere vix deo conceditur -Kochać i zachować rozsądek, nawet Bogu nie jest dane.















2016
Sierpień
2015
Styczeń
2013
Maj
Kwiecień
Styczeń
2012
Grudzień
Listopad
Marzec
Luty
2011
Sierpień
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
2010
Grudzień
Listopad
Październik
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień